sobota, 16 lipca 2016

Pink Floyd - The Piper At The Gates Of Dawn

Kiedy ktoś wspomina o Pink Floyd, w mojej wyobraźni ukazuje się obraz grupy z jej klasycznego okresu. Na tę wizję składają się różne elementy. Wielki okrągły ekran górujący nad spowitą w dymie i kolorach scenie. Charakterystyczne brzmienie organów Wrighta i gitary hawajskiej Gilmoura. Legendarne albumy - Dark Side Of The Moon, Wish You Were Here, Animals - oraz ich równie legendarne okładki. Pełne gorzkich refleksji teksty Rogera Watersa i latające świnie.
Jednak w czasach początków działalności Pink Floyd, zespół miał zupełnie inny wizerunek. Było to dawno, dawno temu, kiedy liderem grupy nie był jeszcze cyniczny czarnoksiężnik Waters, lecz niesforny chochlik Barrett. Zamiast rozważać kwestie społeczne i filozoficzne tak jak jego następca, Barrett odkrywał przed słuchaczami baśniową krainę dzieciństwa.
Syd Barrett nie był wybitnie uzdolnionym muzykiem, lecz dzięki niezwykłej wyobraźni, charyzmie i talentowi do pisania chwytliwych, choć dosyć niepokojących piosenek, udało mu się uczynić z debiutującego Pink Floyd jeden z najciekawszych zespołów brytyjskiej psychodelii. Pierwszy album Floydów, The Piper At The Gates Of Dawn, brzmi dziś może nieco przestarzale, lecz wciąż stanowi dowód niesamowitej kreatywności zespołu w tamtym okresie. Floydzi przemierzają przestrzeń kosmiczną, cytują starożytną chińską księgę I-Ching, krzyczą, wydają dziwne odgłosy i przyglądają się strachom na wróble. Ta infantylna muzyka ma w sobie mnóstwo uroku.
Chyba wszyscy miłośnicy muzyki rockowej wiedzą, że historia Syda Barretta nie miała szczęśliwego finału. Muzyk, który sprawił, że zespół wybił się ponad przeciętność, zapłacił za sukces artystyczny ogromną cenę, jaką było uzależnienie od narkotyków i załamanie nerwowe. Solowe albumy Barretta nie były już tak udane jak jego nagrania z Pink Floyd. Syd porzucił karierę muzyczną i wrócił do rodzinnego miasta, Cambridge. W późniejszych latach, pozostali członkowie Pink Floyd poświęcili Barrettowi wiele kompozycji, zapewne zdając sobie sprawę, że bez niego historia zespołu potoczyłaby się zupełnie inaczej. Debiutancki album, The Piper At The Gates Of Dawn, stanowi przede wszystkim świadectwo niezwykłej wyobraźni tego intrygującego artysty.


Ocena: 7

środa, 4 maja 2016

Pink Floyd - The Wall

Dwudziestego sierpnia 2013 roku, Roger Waters, były basista i dyktator Pink Floyd, w towarzystwie wiernego pomocnika Floydów gitarzysty Snowy'ego White'a (znanego też z kiczowatego przeboju "Bird Of Paradise"), swojego syna Harry'ego (znanego z wypowiedzianej w wieku 5 lat ambitnej kwestii "Look Mummy,  there's an aeroplane up in the sky!") i jeszcze paru kolesi, zagrał The Wall na Stadionie Narodowym w Warszawie. Fakt, iż album ten miał być z założenia protestem przeciwko koncertom stadionowym sprawia, że uśmiecham się nieco sardonicznie. W każdym razie, przyszło sporo ludzi, średnia wieku na oko 50 plus. Koncert zaczął się z opóźnieniem, po czym płytę odegrano poprawnie, aczkolwiek bez przekonania. Chociaż nie był to zły występ, miałam nadzieję na coś więcej.
Floydzi już od dawna nie są moim ulubionym zespołem i rzadko kiedy słucham The Wall, lecz wciąż mam do tej płyty duży sentyment. Mój pierwszy kontakt z tym albumem i opartym na tej samej historii filmem Alana Parkera wywarł na mnie istotne wrażenie i skłonił do zainteresowania się trochę inną muzyką. Można powiedzieć, że dzięki Ścianie znalazłam sobie nowe hobby, bo dalej rozwijało się to już automatycznie.
Pod względem muzycznym nie ma na The Wall zbyt wielu szaleństw (chociaż oczywiście można znaleźć kilka bardzo ładnych melodii - na przykład moje ulubione Nobody Home czy Is There Anybody Out There), ponieważ Waters skupił się głównie na warstwie tekstowej, a pozostałym członkom zespołu nie pozwalał psuć swojej wizji. Powstał album kontrowersyjny, do dziś wywołujący skrajne reakcje. Z jednej strony była to ostatnia naprawdę wielka płyta Floydów, z drugiej - twór straszliwie pretensjonalny.
Na The Wall Roger opowiada o samotności, poczuciu rozczarowania i zagubienia. Mówi o tym, jak ciężko dorastać bez ojca, za to z nadopiekuńczą matką. Czuje się przytłoczony tłumiącą indywidualność edukacją, przeżywa bolesny upadek ideałów. Najbardziej rani go zdrada i odejście żony, którą kochał, choć nie potrafił tego właściwie okazać. W One Of My Turns stwierdza, że 'z dnia na dzień miłość szarzeje niczym skóra umierającego człowieka', co stanowi jeden z najbardziej wzruszających momentów na płycie. Próbuje podsumować swoje życie, by dojść do wniosku, że nie ma w nim nic wartościowego.  Receptą na cierpienie miała okazać się władza i okrucieństwo, lecz ostatecznie bohater zdał sobie sprawę, że sam ponosi odpowiedzialność za spotykające go nieszczęścia, ponieważ zapatrzenie w siebie i skrajny egoizm doprowadziły go do niewrażliwości na uczucia innych. Mur zostaje zburzony - lecz szybko powstanie nowy.
Ta raczej przygnębiająca historia z pewnością wywiera duże wrażenie na słuchaczach, ale zawikłanie fabuły sprawia, że na albumie niewiele miejsca pozostaje na muzykę czy choćby ślad improwizacji. Być może wyszłoby lepiej, gdyby The Wall miało formę sztuki teatralnej? Nie wiem. To album bardzo poruszający, lecz trudny do klasyfikacji. Z pewnością wcześniejszych płyt Floydów słucha się lepiej. The Wall to klasyka i chociażby dlatego warto się z tym albumem zapoznać, ponieważ mimo licznych niedociągnięć jest to całkiem ciekawy materiał.

Ocena: 7

czwartek, 3 marca 2016

Joy Division - Closer

 Prosta, elegancka okładka: czarno-biała fotografia przedstawiająca grobowiec rodziny Appiani na jasnym tle. Muzyka na Closer wywiera podobne wrażenie - urzeka minimalizmem, niecodziennym pięknem i fascynującą, choć niebywale mroczną atmosferą.
Closer to druga i zarazem ostatnia płyta Joy Division. Dojrzalsza i bardziej dopracowana od swojej poprzedniczki - debiutanckiego krążka Unknown Pleasures. To album o charakterystycznym, przejmująco lodowatym brzmieniu i prostych aranżacjach, opartych na transowych, powtarzalnych motywach sekcji rytmicznej. Skrajny minimalizm w przypadku Joy Division jest jednak zdecydowanie zaletą. Żaden z muzyków nie posiadał wybitnych umiejętności technicznych, lecz artyści jako spadkobiercy punkowej tradycji wcale do wirtuozerii nie dążyli.
Trudno pisać o Closer bez nawiązania do postaci Iana Curtisa. Wokalista grupy popełnił samobójstwo wieszając się na sznurze do suszenia bielizny 18. maja 1980 roku, na krótko przed wydaniem Closer i planowaną trasą koncertową po Stanach Zjednoczonych. Na płycie zawarte są emocje, które towarzyszyły Ianowi w ostatnim okresie życia. Teksty, w dramatyczny sposób ukazujące niepokój duszy artysty oraz jego depresyjne spojrzenie na świat i ludzi, wraz z surową oprawą muzyczną tworzą album niezwykle piękny, choć trudny w odbiorze ze względu na emocjonalny ciężar, jaki wywiera na słuchaczu kontakt z przerażającym cierpieniem Iana Curtisa. Nie jest to muzyka "przyjemna", lecz z pewnością fascynująca.
 Closer to jeden z niewielu albumów, które mogę czystym sumieniem nazwać arcydziełem. To płyta, która odmieniła oblicze muzyki, stanowiła inspirację dla niezliczonych zespołów z kręgu post-punka czy rocka gotyckiego. Przede wszystkim jest to jednak świadectwo cierpienia młodego, wrażliwego człowieka, który pogrążył się w depresji i nie potrafił poradzić sobie z własnym życiem i samotnością. W Heart And Soul Ian skromnie przyznaje: "I exist on the best terms I can.". Najbardziej wzruszającym momentem na płycie jest według mnie ostatni utwór - Decades. Zdecydowanie polecam wszystkim Czytelnikom zapoznanie się z ostatnim albumem grupy z Manchesteru, który swoją drogą musi być raczej przygnębiającym miastem, skoro pochodzi stamtąd także inna grupa ponuraków - Van der Graaf Generator. Closer oferuje słuchaczowi niecodzienne doświadczenie i wyjątkowe piękno.

Ocena: 9.5