Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock progresywny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock progresywny. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 maja 2016

Pink Floyd - The Wall (1979)

Dwudziestego sierpnia 2013 roku, Roger Waters, były basista i dyktator Pink Floyd, w towarzystwie wiernego pomocnika Floydów gitarzysty Snowy'ego White'a (znanego też z kiczowatego przeboju "Bird Of Paradise"), swojego syna Harry'ego (znanego z wypowiedzianej w wieku 5 lat ambitnej kwestii "Look Mummy,  there's an aeroplane up in the sky!") i jeszcze paru kolesi, zagrał The Wall na Stadionie Narodowym w Warszawie. Fakt, iż album ten miał być z założenia protestem przeciwko koncertom stadionowym sprawia, że uśmiecham się nieco sardonicznie. W każdym razie, przyszło sporo ludzi, średnia wieku na oko 50 plus. Koncert zaczął się z opóźnieniem, po czym płytę odegrano poprawnie, aczkolwiek bez przekonania. Chociaż nie był to zły występ, miałam nadzieję na coś więcej.
Floydzi już od dawna nie są moim ulubionym zespołem i rzadko kiedy słucham The Wall, lecz wciąż mam do tej płyty duży sentyment. Mój pierwszy kontakt z tym albumem i opartym na tej samej historii filmem Alana Parkera wywarł na mnie istotne wrażenie i skłonił do zainteresowania się trochę inną muzyką. Można powiedzieć, że dzięki Ścianie znalazłam  nowe hobby, bo dalej rozwijało się to już automatycznie.
Pod względem muzycznym nie ma na The Wall zbyt wielu szaleństw (chociaż oczywiście można znaleźć kilka bardzo ładnych melodii - na przykład  Nobody Home czy Is There Anybody Out There), ponieważ Waters skupił się głównie na warstwie tekstowej, a pozostałym członkom zespołu nie pozwalał psuć swojej wizji. Powstał album kontrowersyjny, do dziś wywołujący skrajne reakcje. Z jednej strony była to ostatnia naprawdę wielka płyta Floydów, z drugiej - twór straszliwie pretensjonalny.
Na The Wall Roger opowiada o samotności, poczuciu rozczarowania i zagubienia. Mówi o tym, jak ciężko dorastać bez ojca, za to z nadopiekuńczą matką. Czuje się przytłoczony tłumiącą indywidualność edukacją, przeżywa bolesny upadek ideałów. Najbardziej rani go zdrada i odejście żony, którą kochał, choć nie potrafił tego właściwie okazać. W One Of My Turns stwierdza, że 'z dnia na dzień miłość szarzeje niczym skóra umierającego człowieka', co stanowi jeden z najbardziej wzruszających momentów na płycie. Próbuje podsumować swoje życie, by dojść do wniosku, że nie ma w nim nic wartościowego.  Receptą na cierpienie miała okazać się władza i okrucieństwo, lecz ostatecznie bohater zdał sobie sprawę, że sam ponosi odpowiedzialność za spotykające go nieszczęścia, ponieważ zapatrzenie w siebie i skrajny egoizm doprowadziły go do niewrażliwości na uczucia innych. Mur zostaje zburzony - lecz szybko powstanie nowy.
Ta raczej przygnębiająca historia z pewnością wywiera duże wrażenie na słuchaczach, ale zawikłanie fabuły sprawia, że na albumie niewiele miejsca pozostaje na muzykę czy choćby ślad improwizacji. Być może wyszłoby lepiej, gdyby The Wall miało formę sztuki teatralnej? Nie wiem. To album bardzo poruszający, lecz trudny do klasyfikacji. Z pewnością wcześniejszych płyt Floydów słucha się lepiej. The Wall to klasyka i chociażby dlatego warto się z tym albumem zapoznać, ponieważ mimo licznych niedociągnięć jest to całkiem ciekawy materiał.

Ocena: 7

piątek, 4 września 2015

King Crimson - The ConstruKction Of Light (2000)

W zasadzie wszystkie recenzje nagrań King Crimson, jakie dotychczas zdarzyło mi się napisać, mają pozytywną wymowę. Tym razem będzie inaczej. The ConstruKction Of Light jest według mnie najsłabszym albumem studyjnym Karmazynowego Króla. Bez względu na moją osobistą sympatię dla tego zespołu, uważam, że to kiepski krążek.
Robert Fripp powiedział kiedyś, że wydany w 1970 roku album King Crimson Lizard jest "niesłuchalny". Nie zgadzam się, ale szanuję opinię Mistrza. Jeśli jednak miałabym wytypować "niesłuchalną" płytę tego zespołu, bez wahania wybrałabym potworka z 2000 roku, czyli właśnie The ConstruKction Of Light.
Oczywiście, można tej płyty posłuchać bez większych szkód dla zdrowia, lecz raczej nie obędzie się bez zgrzytania zębów. Z bólem serca muszę przyznać, że muzyka zawarta na The ConstruKction Of Light jest po prostu brzydka i nudna. Już po samych tytułach można się domyślić, że nie ma na tym albumie niczego odkrywczego. Kolejny raz mamy tutaj pastwienie się nad Larks' Tongues In Aspic. Pojawia się też profanacja Fracture...
W odbiorze płyty nie pomaga też bezsensowne silenie się muzyków na nowoczesność. Ogólnie, album sprawia wrażenie, jakby Fripp właśnie przechodził kryzys wieku średniego. Zdolności techniczne panów z King Crimson niewiele pomagają, ponieważ ich grze brakuje subtelności. Może byłoby inaczej, gdyby dołączyli do nich Bill Bruford i Tony Levin?
Stanowczo NIE polecam tej płyty. The ConstruKction Of Light nie jest albumem godnym Karmazynowego Króla. Zmęczenie materiału? Być może. W każdym razie, jako Wasz przyjaciel Doctor Sardonicus, uważam, że temu albumowi brakuje ducha King Crimson. Jeśli nie boicie się zmarnowania swego czasu, posłuchajcie i sami zadecydujcie, co sądzić o tej płycie. 

Ocena: 5.5

sobota, 11 lipca 2015

Yes - Fragile (1971)

Kilka dni temu zmarł Chris Squire, basista Yes. Muzyk przegrał walkę z białaczką. Przypuszczam, że ta smutna wiadomość skłoniła wielu słuchaczy do ponownego sięgnięcia po nagrania legendarnej grupy.
Nigdy nie byłam fanką Yes. Przeszkadza mi pretensjonalność i infantylność tej muzyki, potężna dawka kiczu także mocno drażni. Zespołowi naprawdę sporo można zarzucić, ale... no tak, niektórych płyt Yes mimo wszystko fajnie się słucha. Byle tylko nie za często.
Moim ulubionym albumem Yes jest Fragile z 1971 roku, czyli pierwsze nagranie z Panem, Na Którego Mam Alergię (myślę oczywiście o Ricku Wakemanie...). Na tej płycie gra klasyczny skład Yes: Jon Anderson - wokal, Steve Howe - gitara, Chris Squire - gitara basowa, Bill Bruford - perkusja oraz Rick Wakeman - klawisze. Żadnemu z tych muzyków nie można odmówić umiejętności technicznych (niektórym brakuje za to dobrego smaku, ale nieważne).
Wymyślony przez Billa Bruforda tytuł płyty - Fragile, czyli Kruchy - miał się odnosić do przeczuwanej przez perkusistę nietrwałości tego składu. Zresztą nazwa kolejnego albumu, Close To The Edge - Blisko Krawędzi - także mówi o wizji przyszłego rozpadu grupy. Fragile jest pierwszą płytą zespołu z okładką zaprojektowaną przez Rogera Deana, chociaż nie pojawia się na niej jeszcze słynne logo Yes.
Album rozpoczyna się od prawdziwego hitu - Roundabout. Drugi utwór, Cans and Brahms, czyli fragment czwartej symfonii Brahmsa w aranżacji Ricka Wakemana, zawsze przewijam. Następnie pojawia się We Have Heaven Andersona i znakomita kompozycja South Side Of The Sky. Bardzo lubię ten utwór. Five Per Cent For Nothing Bruforda, to tylko pomysłowy przerywnik, po którym następuje Long Distance Runaround. The Fish (Schindleria Praematurus) to utwór napisany przez niedawno zmarłego Chrisa Squire'a. Mood For A Day to uroczy popis na gitarę, w którym Steve Howe pokazuje prawdziwą klasę. W ten sposób dochodzimy do ostatniego utworu, słynnego Heart Of The Sunrise. Ta kompozycja nie porusza mnie już aż tak, jak kiedyś, jednak sentyment pozostaje. Niektóre edycje Fragile zawierają jeszcze świetny cover piosenki Paula Simona America. Według mnie, Yes zagrali ten utwór lepiej od oryginału.
Fragile to naprawdę dobra płyta. Nie jest to tylko rozgrzewka przed Close To The Edge. Każdy fan rocka progresywnego powinien zapoznać się z Fragile, nawet, jeśli na co dzień preferuje Magmę. To prawdziwa klasyka.

Ocena: 7

niedziela, 21 czerwca 2015

Peter Hammill - Nadir's Big Chance (1975)

Uwielbiam Van der Graaf Generator i bardzo często słucham muzyki tego zespołu. Postanowiłam w końcu zapoznać się z niektórymi albumami z solowego dorobku charyzmatycznego wokalisty grupy - Petera Hammilla.
Solowa dyskografia Hammilla jest wyjątkowo obszerna, lecz większość z jego płyt nie dorównuje jakością materiałowi macierzystej grupy. Hammill jest dobrym kompozytorem, jednak za aranżacje w VdGG odpowiadali przeważnie pozostali członkowie zespołu - i to słychać. Niektórych płyt muzyka można jednak posłuchać z przyjemnością - do tej grupy zaliczam zdecydowanie Nadir's Big Chance, najciekawszą pozycję z solowej twórczości Hammilla, jaką poznałam do tej pory.
Humorystycznie mogę powiedzieć, że pod względem stylistyki ten album to bardziej prog punk (?) niż prog rock. Do czerpania inspiracji z tej muzyki przyznawał się nawet John Lydon, czy, jak kto woli, Johnny Rotten z Sex Pistols. Jednak stwierdzenie, że Nadir's Big Chance to po prostu album punkowy, byłoby mocno przesadzone. Myślę, że skojarzenia z punkiem wynikają z faktu, że nikt się tak niechlujnej, brutalnej i prostej muzyki po Hammillu nie spodziewał. Tak bezpretensjonalny album od twórcy A Plague of  Lighthouse Keepers musiał być dla słuchaczy sporym zaskoczeniem...
Nadir's Big Chance nie jest arcydziełem i z założenia wcale nie miał nim być. To po prostu dobra płyta. Jej wielką zaletą jest gościnny udział kolegów z zespołu - Davida Jacksona, Hugh Bantona i Guya Evansa.  Zwłaszcza gra saksofonisty przykuwa wiele uwagi. Utwory zachowują formę piosenek, muzyka nie jest zbytnio skomplikowana, lecz nie ma tutaj też punkowego podejścia w stylu "nie umiem grać i jestem z tego dumny".  Chociaż  brakuje momentów wybitnych, album trzyma równy, wysoki poziom.
Zdecydowanie polecam ten album miłośnikom twórczości Van der Graaf Generator i Petera Hammilla. Najbardziej urzekającą cechą tej płyty jest właśnie jej bezpretensjonalność i prostota, pewien rodzaj pokory wobec muzyki, której artystom prog-rockowym często brakuje.

Ocena: 6.5




czwartek, 14 maja 2015

Ragnarök - Ragnarök (1976)


Wydaje mi się, że każdy miłośnik rocka przeżywa taki moment, w którym zastanawia się jak grano jego ulubione gatunki muzyki poza granicami Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Zadaje sobie pytania w stylu: "Czy w Kambodży grają jazz-rock?" albo "Jak brzmi prog-rock z Peru?". W czasach globalizacji rocka gra się praktycznie wszędzie, a dotarcie do nagrań z całego świata nie jest już tak trudne, jak kiedyś. Niestety, większość takich albumów trzyma przeciętny albo nawet gorszy poziom. Zdarzają się jednak też perełki. Słuchacze z Polski z pewnością kojarzą termin Nieznany Kanon Rocka oznaczający wartościowe płyty wykonawców z całego świata, którzy nie odnieśli sukcesu komercyjnego pomimo nagrywania dobrej muzyki.
Jedną z takich perełek jest debiut szwedzkiego zespołu Ragnarök. Nie jest to album całkowicie nieznany, ponieważ ceni go wielu fanów prog rocka. Płyta urzekła mnie niezwykle spokojną muzyką i intymnym klimatem już od pierwszego posłuchania. To album instrumentalny, pod względem technicznym muzycy stoją na całkiem wysokim poziomie. Nie byłoby to jednak tak udane nagranie, gdyby nie urokliwe kompozycje jak Farväl Köpenhamn, Promenader, Dagarnas Skum czy Vattenpussar. Często wracam do tej płyty, bardzo lubię jej atmosferę. Jeśli komuś podoba się ta skandynawska muzyka, polecam także kolejny album Ragnarök - Fjärilar i magen. Nie jest tak udany jak debiut, ale to wciąż dobra płyta.

Ocena: 7

środa, 29 kwietnia 2015

Van der Graaf - Vital (1978)

Vital to pierwszy album koncertowy Van der Graaf, czyli zreformowanego Van der Graaf Generator, nagrany podczas koncertu grupy w londyńskim klubie The Marquee. Płyta jest bardzo ciekawa ze względu na radykalne interpretacje muzyki VdGG. Wyraźna zmiana brzmienia wynika z nieobecności Hugh Bantona, wieloletniego klawiszowca Van der Graaf Generator, który opuścił zespół po wydaniu World Record. Unikalny styl gry muzyka stanowił podstawę brzmienia zespołu w klasycznym okresie, więc materiał zawarty na Vital może zaskakiwać.
Na Vital nie ma organów charakterystycznych dla zespołu w jego wcześniejszych latach, inny ważny muzyk zespołu, saksofonista i flecista David Jackson, pojawia się tylko jako gość i szczerze mówiąc nie gra zbyt wiele. Po długiej nieobecności wraca za to basista Nic Potter, pojawia się też skrzypek Graham Smith oraz wiolonczelista Charles Dickie. Ze starych znajomych z klasycznego składu VdGG występuje perkusista Guy Evans oraz oczywiście wspaniały wokalista Peter Hammill, który w międzyczasie trochę podszkolił się w grze na gitarze.
Opinie na temat Vital, z którymi spotkałam się do tej pory, były podzielone nawet wśród fanów VdGG. Niektórzy uważają ten album za totalny niewypał, nagranie, które nigdy nie powinno zostać wydane, zarzucają Vital brak magii obecnej na wcześniejszych płytach Van der Graaf Generator. Inni zachwycają się pomysłowością, brutalnym, surowym brzmieniem i mroczną atmosferą albumu, lekceważąc jego wady. Osobiście uważam, że Vital to dobry, choć nie wybitny album, który zdecydowanie powinien znać każdy fan zespołu. Z pewnością jednak nie poleciłabym tej płyty osobie, która nie spotkała się wcześniej z klasycznym VdGG.
Jakość nagrania i miksu jest słaba, album jest też trochę za długi. Materiał zawarty na płycie jest nierówny, pojawia się trochę nużących fragmentów. Z pewnością jednak muzyka przedstawiona na Vital intryguje, ukazuje odmienne oblicze zespołu. Należy pamiętać, że album został wydany w 1978 roku, kiedy panowało surowe, ciężkie granie, więc zarzut, że Latarnicy nie brzmią tak, jak na Pawn Hearts (...a takie zarzuty się zdarzają) jest raczej absurdalny. Zresztą taka odmienna aranżacja Medley, czyli połączonych fragmentów A Plague Of Lighthouse Keepers i The Sleepwalkers niewątpliwie ma swój urok. Zdarzają się też inne perełki, na przykład proste Mirror Images.
Vital to rzecz raczej dla fanów VdGG, ciekawych nietypowej odsłony grupy bez Hugh Bantona. Album ma wiele wad, na pewno nie jest to najwybitniejsze nagranie zespołu, ale i tak warto posłuchać.

Ocena: 6

poniedziałek, 12 stycznia 2015

King Crimson - Lizard (1970)

Lizard to bardzo ważny album w dyskografii King Crimson. To płyta, która zrywa ze stylistyką dwóch poprzednich nagrań zespołu, In The Court Of The Crimson King oraz In The Wake Of Poseidon, i zdecydowanie oddala się od klasycznego brzmienia brytyjskiego prog-rocka, na rzecz silnych wpływów jazzu. Muzyka przedstawiona na albumie Lizard jest dojrzalsza i odważniejsza od poprzednich propozycji King Crimson, wyróżnia się precyzją nagrania i wykonania. Duży wpływ na ostateczny kształt płyty miał autor niezwykle poetyckich tekstów, Peter Sinfield. O niezwykłej zawartości albumu świadczy jednak już piękna okładka, odwołująca się do średniowiecznych ksiąg.
W tworzeniu albumu brało udział wielu uzdolnionych muzyków. Spośród członków zespołu najbardziej zwraca uwagę gra gitarzysty i jedynego stałego członka King Crimson, Roberta Frippa oraz Mela Collinsa, który grał na saksofonie i flecie. Wokalista i basista Gordon Haskell miał problemy z odnalezieniem się w stylistyce King Crimson, ale jego niski, matowy głos dobrze zgrywa się z muzyką. Oprócz członków zespołu w nagraniach wzięli udział muzycy sesyjni. Wśród nich wyróżnia się jazzowy pianista Keith Tippet i Robin Miller, który zagrał na oboju i rożku angielskim.
Brzmienie Lizarda jest zdominowane przez instrumenty dęte i melotron. Chociaż na albumie znajduje się wiele pięknych momentów, do których z pewnością można zaliczyć gwałtowną grę gitary akustycznej w Cirkus i delikatne, ocierające się o sentymentalizm partie fletu z Lady Of The Dancing Water, o wartości płyty świadczy najdobitniej jeden utwór - suita Lizard. Jest to wyjątkowa, niepowtarzalna kompozycja, jeden z najlepszych utworów, jakie kiedykolwiek nagrał King Crimson. Aby w pełni docenić jego piękno, należy poświęcić mu nieco czasu, słuchać w spokoju i ciszy. Suita ma niezwykły, baśniowy charakter, przywołujący ducha średniowiecza, jednocześnie zachowując jazzową formę.
Lizard to wyjątkowa płyta o niesamowitej atmosferze. Tylko dla koneserów wymagającej, lecz niezwykle wartościowej muzyki King Crimson.

 Ocena: 9

niedziela, 7 grudnia 2014

King Crimson - USA (1975)

Trzeci, prawdopodobnie najlepszy skład King Crimson działający w latach 1972-1974 zostawił po sobie trzy legendarne płyty studyjne: Larks' Tongues In Aspic, Starless And Bible Black i Red. Z pewnością są to niezwykle udane albumy, lecz w przypadku KC najciekawsze są nagrania koncertowe. Zespół najlepiej wychodził na żywo, kiedy mógł improwizować. Właśnie dlatego odkrywanie koncertowej dyskografii grupy jest pasjonującym zajęciem, a album USA wydaje się idealnym wyborem dla osoby dopiero rozpoczynającej przygodę z koncertowymi nagraniami KC.
W 1974, kiedy zarejestrowano utwory, które trafiły na USA, King Crimson grało w niesamowitym składzie, według wielu fanów najlepszym w historii zespołu.
Za perkusją zasiadał Bill Bruford, jeden z najlepszych perkusistów rocka progresywnego i rocka w ogóle, inspirujący się jazzem. BB grał wcześniej w innej legendzie prog- rocka - Yes, jednak styl KC odpowiadał mu znacznie bardziej. Bruford jest jednym z muzyków, którzy pozostali w zespole najdłużej (grał w zespole w latach 1972-1974, 1981-1984, 1994-1997).
Na basie grał John Wetton, niezbyt znany przed dołączeniem do KC. Wcześniej występował z takimi zespołami jak Family czy Mogul Thrash. Po rozpadzie King Crimson grał z wieloma innymi grupami, m.in. Uriah Heep, Roxy Music. Pod koniec lat 70. razem z Brufordem założył UK, grupę prezentującą komercyjną i znacznie prostszą w odbiorze odmianę rocka progresywnego, a następnie stracił honor grając w odrażająco popowym Asia. Występując z KC pozostawał jednak świetnym basistą o niezwykłym brzmieniu, a także całkiem niezłym głosie. Nic nie zapowiadało przyszłej katastrofy.
Na gitarze grał Robert Fripp - jedyny muzyk występujący we wszystkich składach King Crimson. Żaden fan KC nie powinien mieć wątpliwości co do tego, że Fripp jest wybitnym instrumentalistą i kompozytorem. To właśnie on decydował zawsze o kierunku muzycznych poszukiwań zespołu.
David Cross grał na skrzypcach i instrumentach klawiszowych. Koncert w Asbury Park był jednym z jego ostatnich występów z zespołem. Po powrocie z trasy skrzypek dowiedział się, że nie będzie dłużej grał w King Crimson.
USA to pełen pasji występ niezwykle uzdolnionych i ambitnych muzyków. Wykonanie Larks' Tongues In Aspic, Part 2 oraz Lament jest bardzo dynamiczne, pokazuje brutalną siłę muzyki zespołu. Exiles, moim zdaniem brzmi dużo lepiej niż w wersji studyjnej. Nie jest tak "sielsko", za to potężnie i mrocznie. Wstęp do tej kompozycji wreszcie brzmi tak, jak powinien. Następnym utworem jest Asbury Park, zespołowa improwizacja. Sami muzycy byli z niej bardzo zadowoleni. To niezwykle porywający fragment albumu, dziki i nieokiełznany. Króciutka wersja Easy Money płynnie przechodzi w kolejną improwizację. W reedycjach albumu można usłyszeć jeszcze Fracture i Starless, których nie było na winylowej wersji wydanej w 1975. USA zamyka utwór - legenda - 21st Century Schizoid Man, w przeciętnie udanym jak na ten skład wykonaniu. Jeżeli przyjrzycie się dokładnie rewersowi okładki płyty, znajdziecie zapisaną małym drukiem inskrypcję R.I.P. - pożegnanie z tym składem zespołu.
USA w uczciwy sposób ukazuje koncertowe oblicze trzeciego składu King Crimson, pokazuje niezwykłą energię muzyków podczas występów na żywo. Muzyka tego zespołu jest najbardziej porywająca właśnie w wykonaniach koncertowych. Z pewnością nie jest to najlepsza koncertówka KC, ale zdecydowanie warto tego posłuchać. Oczywiście album stanowi tylko namiastkę udania się na koncert King Crimson w tamtym czasie. To coś dla tych, którzy nie mieli takiej okazji.

 Ocena: 7.5

sobota, 11 października 2014

Van der Graaf Generator - Godbluff (1975)

Profesjonalny dziennikarz powinien dążyć w swoich recenzjach do jak największego obiektywizmu. Ja będę subiektywna - Godbluff to moja ulubiona płyta Van der Graaf Generator.
Jeśli miałabym określić brzmienie tego albumu jednym słowem, powiedziałabym: brutalne. Brak tu typowej dla rocka gitary prowadzącej, zamiast tego pojawiają się organy, flet i saksofon oraz perkusja, na których grają Hugh Banton, David Jackson i Guy Evans. Oprócz tego jest jeszcze Peter Hammill, który śpiewa w niezwykle emocjonalny i teatralny sposób. Jego szept w każdej chwili może bez ostrzeżenia przerodzić się w krzyk. Na Godbluff nie znajdziemy symfonicznych aranżacji ani idealnego, dopracowanego w studio brzmienia. W zamierzeniu muzyków album miał jak najlepiej oddawać atmosferę występów Van der Graaf Generator na żywo.
Po wydaniu legendarnej płyty Pawn Hearts w 1971 roku zespół bardzo intensywnie koncertował. Bezustanne podróże, ciągłe występy i brak czasu dla siebie sprawiły, że muzycy czuli się wyczerpani. Van der Graaf Generator zawiesił działalność w 1972 roku, lecz członkowie zespołu nie stracili ze sobą kontaktu. Peter Hammill zajął się karierą solową, a pozostali pojawiali się na jego płytach czy koncertach. W 1975 muzycy podjęli decyzję o powrocie Van der Graaf Generator i wydaniu nowego albumu, który miał przedstawiać nowe oblicze zespołu i muzykę zdecydowanie odbiegającą stylistycznie od tego, co nagrywali wcześniej. Tak powstał Godbluff.
Godbluff to mroczny, introwertyczny album, pełen emocji i dramatyzmu. Wyraźnie zdobią go poetyckie teksty Petera Hammilla. Płyta rozpoczyna się od znakomitego, poruszającego The Undercover Man. Na początku słyszymy cichą melorecytację Hammilla przy akompaniamencie fletu, perkusji i organów. Następuje stopniowe crescendo, a muzyka staje się coraz bardziej agresywna. Kolejnym utworem jest dynamiczne Scorched Earth zdominowane przez teatralny wokal Hammilla i organy Bantona. Jest coraz bardziej brutalnie i bezkompromisowo, muzycy dają siebie wszystko. Trzecia kompozycja, The Arrow, posiada improwizowane intro. W tym utworze największe wrażenie robią na mnie znakomite partie saksofonu. Album zamyka The Sleepwalkers - rodzaj muzycznej groteski.
Tylko 4 utwory, lecz to w zupełności wystarcza. Godbluff to album wyjątkowo spójny, wyśmienita płyta, choć z pewnością nie dla każdego. Jeśli klasyka rocka progresywnego nie jest Ci obca, ale jeszcze nie zetknąłeś się z Godbluff, zdecydowanie polecam.

Ocena: 8


piątek, 3 października 2014

King Crimson - Islands (1971)


King Crimson nie jest zwyczajnym zespołem i nie tworzy zwyczajnej muzyki. Każda płyta jest inna, każda prezentuje zupełnie odmienne spojrzenie na sztukę. Twórczości King Crimson nie można uznać tylko za piosenki - ten wyjątkowy zespół zdecydowanie wykracza poza ramy tego, co określamy jako muzyka popularna. Robert Fripp jest prawdziwym artystą. Ten wyjątkowy człowiek całe życie podporządkował muzyce i dzięki jego zaangażowaniu, to właśnie ona jest wartością absolutną w King Crimson.
W 1971 roku, czasie powstania Islands, pierwsze, legendarne wcielenie King Crimson już nie istniało. Ian McDonald i Mike Giles odeszli rozczarowani życiem w trasie, Greg Lake razem z Keithem Emersonem założył Emerson, Lake & Palmer. Z czasów In The Court Of The Crimson King w zespole pozostali tylko gitarzysta i kompozytor Robert Fripp oraz Peter Sinfield, tekściarz. Po rozpadzie pierwszego składu w grupie dochodziło do wielu zmian personalnych. Na albumie Islands do Frippa i Sinfielda dołączyli: Mel Collins - flet, saksofon (Collins występuje także z aktualnym wcieleniem King Crimson z 2014 roku), Ian Wallace - perkusja oraz Boz Burrell - gitara basowa, wokal. Oprócz nich wystąpili także muzycy sesyjni, niektórych z nich można było już usłyszeć na poprzednich płytach King Crimson; In The Wake Of Poseidon i Lizard.
Islands jest pełne kontrastów. Na albumie panuje uwielbiany przez Frippa "zorganizowany chaos". Kompozycje nie mają ściśle wytyczonych ram, jednak słuchacz nie odnosi wrażenia przypadkowości.
Muzycy improwizują nie tracąc kontroli nad utworami. Słychać silne wpływy jazzu, awangardy i europejskiej muzyki poważnej. Fripp i spółka porzucają stylistykę kojarzoną z brytyjskim rockiem progresywnym, lecz pozostają wierni bezkompromisowej formie muzyki King Crimson. Zróżnicowanie Islands, wielka różnorodność inspiracji czerpanych z wielu źródeł oraz bogactwo instrumentalne i moc kontrastów, to cechy najbardziej charakterystyczne dla tego albumu.
Islands to najbardziej romantyczna płyta King Crimson, przepełniona atmosferą wolności i jazzu. Teksty w nieoczywisty sposób traktują o miłości. Są to ostatnie utwory Petera Sinfielda dla King Crimson, poeta opuścił zespół (a raczej został wyrzucony) po wydaniu tego albumu.
Islands jest albumem wymagającym skupienia i zaangażowania. Charakter muzyki wciąż się zmienia. Pierwszą kompozycję, spokojne Formentera Lady rozpoczyna dźwięk kontrabasu. Jest to utwór o luźnej budowie, oparty przede wszystkim na improwizowanych partiach fletu i fortepianu. Następujące później Sailor's Tale to dynamiczna, pełna pasji kompozycja. Melodię tworzy przesterowana gitara i saksofon oraz niesamowita perkusja. W tym utworze można usłyszeć niezwykłe solo gitarowe w wykonaniu Roberta Frippa, zdecydowanie przełamujące konwencję rockowej solówki. Następna kompozycja przynosi kolejną radykalną zmianę nastroju. Dramatyczne i zaskakujące The Letters to jeden z najpiękniejszych utworów King Crimson i zapewne najpiękniejsza piosenka o miłości, jaką kiedykolwiek nagrano. Pełna emocji historia zdrady i zbrodni stopniowo przeradza się w Ladies Of The Road, opowieść o groupies i wyrzutach sumienia utrzymaną w stylistyce The Beatles. Następnym utworem na płycie jest inspirowane muzyką poważną Prelude: Song Of The Gulls. Płytę zamyka jazzowa ballada Islands, utwór delikatny i subtelny.
Islands jest albumem wywierającym niesamowite wrażenie. To manifestacja wolności artystycznej i niczym nieograniczonej kreatywności. Jest to płyta, którą można odkrywać w nieskończoność, nigdy się przy tym nie nudząc. King Crimson to zespół, który znajdował się zawsze o krok przed innymi.


Ocena: 8